Led Zeppelin uznawany jest za
jeden z zespołów, które podłożyły kamień węgielny pod budowę hard rocka i
zainspirowały większość gitarowego grania następnych dekad. Rzeczywiście – sprawny acz
nonszalancki styl gry gitarzysty Jimmy’ego Page’a oraz androgyniczny i nastawiony
na ekspresję wykonania wokal Roberta Planta do dziś są chętnie przenoszone
przez kolejne zespoły do ich własnej twórczości w mniej, lub bardziej (Kiszki) nachalny sposób. Ich wydany ponad 50 lat temu debiut można uznać za
swoisty archetyp efekciarskiej rockerki, gdzie forma i styl wykonania nierzadko
pełnią większą rolę niż same kompozycje – i gdy weźmiemy pod lupę sam aspekt kompozytorsko-warsztatowy oraz zastanowimy się ile twórczość danego wykonawcy
wnosi do muzyki, to całość zaczyna jawić się znacznie bardziej ubogo
Pomimo – według powszechnej
opinii – zapoczątkowania nowego gatunku
muzyki jakim jest hard rock, Led Zeppelin I jest płytą mocno zakorzenioną w
tradycji bluesowej – nie zabrakło więc typowego dla tej stylistyki dwunastotaktowca
– tutaj interpretacji „You Shook Me” Williego Dixona – pewną nowością na albumie jest zastosowanie tutaj
harmonijki i organów, jednak całość to przede wszystkim pole do popisu dla
duetu Page i Plant – i chyba tylko ich popisy (a w szczególności tego drugiego)
tłumaczą, dlaczego całość trwa grubo ponad 6 minut. Gdyby nie ta dwójka to „You
Shook Me” byłby tylko i wyłącznie stereotypowym utworem jakich w tamtej
dekadzie powstały setki.
Szczęśliwie kolejny na płycie „Dazed and Confused” pokazuje,
że Led Zeppelin to nie jest tylko czterech zapaleńców, z których każdy chce
pokazać co potrafi nie zwracając uwagi na pozostałych muzyków. Mamy tu ciężkie brzmienie idące w coś co w przyszłości będzie określane jako „stoner”, do tego zauważalną perkusję z basem i psychodeliczne
dźwięki gitary, przecinane co jakiś czas charakterystycznym riffem, który w
kolejnych latach zainspiruje co najmniej kilka znanych zespołów. W psychodelicznym
mostku bas i perkusja płynnie zmieniają się na pierwszym planie, by na koniec
przyspieszyć i wybuchnąć w finale. Całość składa się na najbardziej przemyślany i
złożony jak dotąd utwór. Tym razem zespół nie miał wątpliwości co zrobić i jak
zagrać by całość nabrała interesującego, a zarazem spójnego kształtu. Również
oparty na samych organach wstęp do „Your Time Is Gonna Come” zdaje się być
czymś nowym, jednak potem całość przechodzi typową balladę bez polotu i
pomysłu, gdzie zespół zdaje się mechanicznie odgrywać patent na którym oparł
utwór, a stetryczałe chórki przywodzące na myśl pop grany jeszcze 5 lat
wcześniej (a rok mamy 1969) jeszcze bardziej psują całość.
Naprawdę ciekawy jest za to
„Black Mountain Side” przywodzący na myśl muzykę hindustańską, z wypełniającym
tło basem, partiami tabli (hinduski instrument perkusyjny) i nareszcie bez
udziału Planta. Muzycy postanowili nie iść tutaj w kierunku obranym wcześniej,
co się bardzo chwali, niestety utwór został najwyraźniej zdegradowany do roli
przerywnika, gdyż trwa bardzo krótko.
Mianem wypełniacza bez żadnych wyrzutów sumienia można za to
określić rock n rollowy „Communication Breakdown” . Razem z „Good Times, Bad
Times” został wydany na singlu i ciężko się temu dziwić – krótki czas trwania i
prosta budowa czynią z niego coś co bardzo łatwo strawić – ale i niestety łatwo
wydalić. Na koniec zostają jeszcze dwa utwory,
niestety dalekie od ideału – Wykonanie bluesowego standardu „I Can’t Quit You Baby”
stanowi wyłącznie pretekst do popisów gitarzysty, a „How many more Times” to
typowa hard rockowa przebieżka ubarwiana przerwami na gitarowe solówki i
popisami perkusji, stanowiące może dobry punkt wyjściowy do sążnistych
koncertowych jamów, ale w wersji albumowej podzielono to na zbyt wiele części,
żeby kompozycja przybrała sensowny kształt. Nawet próba zrobienia klamry z
powrotem początkowego motywu w końcówce nie uratowała całości przed
rozjechaniem w szwach. Gdyby ukazało się to dzisiaj, bez wyrzutów sumienia można byłoby to określić mianem neoprogresu.
Debiut
Led Zeppelin na tle większości dziadkowego mainstreamu lat 60. może wydawać się
czymś świeżym. Rzeczywiście, solówki Page’a zdają się przewyższać swoją
bezczelnością zagrywki większości ówczesnych bluesowych gitarzystów. Także
Robert Plant pozwala sobie na wyjątkowo dużo. Wystarczy jednak sięgnąć nieco
głębiej i posłuchać chociażby wydanego rok wcześniej debiutu Jeffa Becka albo
kilku bezkompromisowych jamów Hendrixa z krążka Electric Ladyland,
które z racji swojej długości nie mogły ukazywać się jako single, by zobaczyć,
że Page zarówno nie jest żadnym pionierem rocka jak i w jego grze znajduje się
mnóstwo niedostatków. Sekcja rytmiczna
także przecież nie musi grzecznie trzymać się z tyłu – a John Bonham z John
Paul Jonesem wychylają się zdecydowanie mniej niż wcześniej Jack Bruce i Ginger
Baker z grupy Cream. której również przypisuje się przybliżenie do siebie rocka
i bluesa.
Opisywany
album sprawia momentami wrażenie, jakby każdy z – całkiem zdolnych – muzyków
skrobał sobie własną rzepkę i coś tam grał żeby się nie gryzło z innymi, nawet
z fajnym efektem – ale tak naprawdę nikt tutaj nie chciał stworzyć niczego rewolucyjnego.
Do tego stopnia nie chciał, że nie zadbał nawet o autorskie kompozycje. I to
jest tak naprawdę jedyny poważny zarzut jaki można postawić debiutanckiemu albumowi Led
Zeppelin. Z ośmiu utworów autorstwo aż sześciu budziło
wątpliwości i co najmniej w połowie przypadków znalazło to finał w sądzie. Nie
będę rozwodził się kto, kiedy i dlaczego zaprotestował przeciwko praktykom Cepelinów,
w końcu to tekst o tematyce muzycznej a nie prawniczej, wspomnę jednak że
jedyne utwory, których autorstwo nie budziło żadnych wątpliwości to otwierający
płytę – „Good Times, Bad Times” i „Communication Breakdown ”– czyli najkrótsze i najmniej wnoszące do
całości kompozycje.
Zeppelini
może i zainspirowali masę wykonawców. Tylko, że są to muzycy i
zespoły których twórczość prezentuje niewielką wartość. Wynika to z tego, że już muzyka
brytyjskiego zespołu nie była czymś na tyle wielowymiarowym i złożonym by dało
się z niej wykroić jakieś interesujące fragmenty bądź rozwiązania stanowiące
dobrą podstawę do rozwoju. To po prostu solidnie zagrane i śmiałe rozwinięcie
bluesowej stylistyki, bez porywania się na odkrycie prochu. Produkcja albumu
także stoi na porządnym poziomie – bębnom i gitarze nie brakuje niskich tonów,
bas, gdy już odważy się coś zagrać brzmi mocno. Co prawda w momentach, w których gra
cały zespół całość traci nieco na czytelności, a bębny przy mocniejszych uderzeniach dotyka coś co dzisiaj jest określane jako loudness war, ale jak na album z końca lat 60.
słucha się tego zaskakująco dobrze.

Jeżeli komuś ten zgrzyt nie
przeszkadza, albo wręcz uważa takie zrobienie innych wykonawców (i robienie
przez kilkadziesiąt kolejnych lat – wszak procesy sądowe trwają do dzisiaj) w
konia za imponujący wyczyn – może spokojnie dodać do tej oceny nawet 2
punkty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz